Rate this post

Kiedy to się zaczęło? Ciężko wskazać konkretną datę, godzinę, odpowiedni moment i czas. To narastało, pomału. Z każdą kolejną próbą schudnięcia, samokrytyką i nienawiścią do swojego ciała. Z kolejną kłótnią w rodzinie, kilogramem i wyrzuconym jabłkiem, gdy nikt nie widział. Kumulacja czynników z zewnątrz i bólu wewnątrz złożyła się na wyidealizowaną, wychudzoną anoreksję.

 

7 lat wcześniej

Jedna – dość większa, ale szczęśliwa dziewczynka. Otwarta i lubiana, pełna energii i chęci do sportu, spotkań z innymi, głośna i, cóż, lubiąca jeść. Druga –  smutna. Wychudzona, nieszczęśliwa, zamknięta na świat i innych. Odizolowana w swoim wyidealizowanym świecie, gdzie liczyło się tylko jedzenie i niejedzenie. Stracone 5, 6 lat? Jeśli nie więcej. Zdrowienie jest najcięższe, tak samo jak moment, gdy staje się twarzą w twarz z chorobą.

 

Brak kontroli nad poczuciem winy

Z początku bardzo się polubiłyśmy. Anoreksja dawała mi poczucie kontroli nad moim życiem (przez coraz niższą wagę, mniejszą ilość jedzenia, kolejną wystającą kostkę kręgosłupa). Wzbudzała też ogromne poczucie winy. W momentach „nadprogramowego” jedzenia, aż po zjedzenie czegokolwiek. Nie o tej porze, nie w tej minucie, godzinie; nie po tak krótkim przegryzaniu kolejnego kęsa…

 

Z nienawiści do siebie

Nienawidziłam swojego ciała, nienawidziłam samej siebie. Żywiłam głęboki uraz do tego, kim byłam, jaka byłam, co robiłam, jakie zło wyrządzałam innym. Brałam na swoje barki cały ból świata, dość absurdalnie, ale jednak. Stres, lęk, kłótnie, napięcia, każda emocja przemieniały się w niejedzenie. Anoreksja wzrastała w siłę, niszcząc mnie z każdym dniem. Waga skrajna: 37 kg, najwyższa: 65 kg. Niczym dwa, odpychające się bieguny.

 

Nauka chodzenia

Pamiętam siebie w samej bieliźnie u lekarza rodzinnego, zapłakaną, walczącą z myślami. Unikałam wzroku posmutniałej mamy i zatroskanego spojrzenia lekarki. Pierwsze słowa ku wyzdrowieniu, wstydliwe przyznanie, że „mam problem” i potrzebuję pomocy… Zdrowienie jest najcięższe. O ile niejedzenie było proste jak oddychanie, o tyle nauka „normalnego” jedzenia okazała się prawdziwą szkołą życia. Czułam się jakbym musiała nauczyć się chodzić, ale bez nóg. Jeden psycholog, drugi, psychoterapeutka, psychiatra, nastu lekarzy, narastające schorzenia związane z niedożywieniem. I tak można znieść wiele… i ciągle, i nadal.

Jednak jedno jest pewne. Warto jest walczyć, i chcieć, i żyć. Nauczyć się chodzić.

 

Amelia