5 (100%) 1 vote

Moja historia z zaburzeniami odżywiania zaczęła się w wieku 16 lat. Od zawsze miałam nadwagę, w podstawówce bywało tak, że jadłam nawet trzy obiady dziennie. Jednak wtedy rówieśnicy byli jeszcze łaskawi, więc nie widziałam w tym problemu. Najbardziej o to, żebym tyle nie jadła zabiegała mama lecz dziecko, jak to dziecko, nie słuchało, tym bardziej, że babcie i tata rozpuszczali jak mogli. Okres gimnazjum wspominam jako jeden z najgorszych, wtedy poczułam na własnej skórze, jak bestialsko potrafią zachować się koledzy i koleżanki z klasy. Doszło do tego, że bałam się wychodzić do szkoły. Nowe wyzwiska wymyślane dzień po dniu, coraz bardziej krzywdzące, sprawiały, że zamykałam się w sobie. W wychowawczyni wsparcia nie miałam, bo przecież to głupie żarty. Gdy już nie wytrzymałam tego, ze wszystkim zwróciłam się do mamy. Pytanie, co ja komu zrobiłam, czym zawiniłam? Do tej pory nie znalazłam odpowiedzi.

Marzenia o nowym ciele

Pod koniec gimnazjum zapragnęłam się zmienić, schudnąć, wyrzeźbić sylwetkę, zmodyfikować swój jadłospis, być „fit”. Chciałam, aby docenili mnie rówieśnicy, żeby spojrzeli na mnie z zachwytem. Zaczęłam walkę o swoje „lepsze jutro”. Nie spodziewałam się tego, co przyniesie przyszłość, że nawet gdy tak dramatycznie schudnę, to dalej będę za gruba w swoich oczach. Z czasem ćwiczyłam coraz częściej i ciężej, a jadłam coraz mniej.

Cała moja rodzina przez długi czas mówiła mi, że powinnam odpuścić, że coś jest nie tak jak trzeba. Nawet przyjaciółka próbowała mnie przekonać, że nie warto dalej chudnąć, nie warto dalej się męczyć. Jednak to nie przyniosło żadnych efektów. Nigdy nie sądziłam, że będę potrafiła wyrzucać jedzenie, chować je, okłamywać rodziców patrząc im prosto w oczy czy stawać na wagę razem z kamieniami w kieszeniach. Nie myślałam, że mam problem z jedzeniem, gdy wstawałam o 3 nad ranem żeby pobiegać, jedząc jednego pomidora dziennie albo bojąc się powąchać drożdżówki w sklepie mojej mamy z obawy, że przytyję od samego ich zapachu. Wyobrażałam sobie wskakujące na mnie kalorie. W ciągu 6-7 miesięcy schudłam ponad połowę siebie i nie widziałam w tym nic dziwnego, co więcej nie były to dla mnie zadowalające rezultaty.

Autodestrukcja

Pierwszy raz, kiedy coś do mnie dotarło, to sytuacja porannego wstawania, po jakimś roku restrykcyjnej diety i katorżniczych ćwiczeń. Kiedy w końcu po przebudzeniu się nie miałam nawet minimalnej siły na zrzucenie z siebie kołdry czy podniesienie ręki, aby rozczesać włosy i zaczęłam płakać z bezradności, wtedy poczułam, że się zniszczyłam, że to nie tak miało wyglądać. Tego samego dnia, po stoczeniu walki, aby w ogóle wstać, zwróciłam się o pomoc do mamy. Do kogo, jak nie do niej. Pamiętam jak dzisiaj, chwiejąc się na krześle ze zmęczenia, płacząc, mówiłam jej, że jestem chora i potrzebuję pomocy. Kilka dni później trafiłam na psychoterapię, na którą uczęszczałam praktycznie 4 lata. 4 długie lata.

Chyba przebrnęłam przez wszystko, co mogłam począwszy od psychotycznej anoreksji, przez objadanie się, po bulimię. Z jednej skrajności w drugą. W każdym z tych etapów było coś okropnie trudnego. Każdy z nich tak samo mnie wyniszczał. Zaczynając od walki o przybranie na wadze, która przez pierwszy etap psychoterapii mimo wszystko nieustannie spadała; poprzez powstrzymywanie się od przejedzenia, bo przecież tak długi czas nie jadłam nic, to mogę sobie pozwolić; aż w końcu próby zaniechania wymiotów, które w tamtym czasie sprawiały mi przyjemność. Nie przyjmowałam do wiadomości, jak bardzo sobie szkodzę, jak bardzo jest to ryzykowne, jak mało dzieli mnie od śmierci z głową w sedesie. Dwa lata temu, kiedy kolejne próby przerwania nałogu nie przynosiły skutku, straciłam wiarę w to, że kiedyś się uda. Pamiętam, że po kolejnych wymiotach, nie pierwszych tego dnia, zaczęłam płakać ze złości i bezradności. Wtedy sama sobie powiedziałam, że to musi być koniec, że to był ostatni raz i udało się! Nie powiem, że przez kolejny rok nie było ciężko, bo był to okropny czas walki samej ze sobą. Ze swym wewnętrznym tyranem. Najcięższe do przezwyciężenia po wcześniejszym obżarstwie, które mimo wszystko się nie skończyło. W tym wszystkim miałam od początku wsparcie mamy i przyjaciółki. Tata dołączył po dłuższym czasie, jak zrozumiał, że to nie jest mój kaprys i widzimisię. Znalezienie wtedy chłopaka, a dzisiaj mężczyzny, z którym mieszkam i wiążę przyszłość, dodało sił, bo ktoś spojrzał na mnie zakochanym, pełnym miłości wzrokiem bez względu na moje wady.

Marzenia o zdrowiu

W zeszłym roku we wrześniu zakończyłam terapię, chociaż myślę, że mogłaby potrwać ciut dłużej. Wiem, że dalej nie jestem w pełni zdrowa, często czuję tyrana, potwora wewnątrz, który szepcze mi jak dawniej, podsuwa najprostsze rozwiązania, ale potrafię go uciszać, potrafię mu się nie poddawać. Nie patrzę na siebie zimnym,  krytycznym wzrokiem, choć miewam i takie dni. Moje podejście i spojrzenie na samą siebie bardzo się ociepliło, wiem co dla mnie dobre, zaczęłam bardziej dbać o ciało i duszę, poznałam swoją wartość. Byłam jak rozsypana układanka, ze zniszczonymi i brakującymi częściami, które trzeba było stworzyć i dopasować na nowo. Terapia pomogła mi ułożyć się w całość, otworzyć oczy na świat, wzmocnić dobre relacje, wrócić do życia i ukształtować je na nowo. Terapia dała szansę zwierzyć się, nauczyć się wściekać, milczeć, płakać, rozmawiać, a co najważniejsze pomogła mi dojrzeć i rozwinąć skrzydła, które cały czas miałam, ale nie byłam tego świadoma. Dzięki temu, że miałam możliwość leczenia, dzisiaj żyję. A moja psychoterapeutka jest moim Aniołem Stróżem.

Dominika