Rate this post

Pamiętam ten moment, kiedy jako 6-latka zobaczyłam w encyklopedii słowo anoreksja. Przeczytałam definicję i pomyślałam, że chciałabym ją kiedyś mieć. Moje ,,marzenie’’ kilka lat później się spełniło.

Najlepsza – albo żadna

Jako dziecko byłam pulchna, do jakiejś 4-5 klasy utrzymywała mi  się lekka nadwaga – czułam się przez to gorsza, chociaż nie doświadczyłam prześladowań ze strony rówieśników. Nikt mnie nie wyzywał, nie poniżał, ale mimo to było we mnie przeświadczenie, że nie jestem lubiana. Że inni są lepsi, a ja muszę mocniej się starać żeby im dorównać. Nie potrafię tego wyjaśnić, ale mam wrażenie, że to poczucie bycia gorszą, pragnienie rywalizacji jest we mnie od zawsze (chociaż od jakiegoś czasu staram się z nim walczyć).

Co roku drażniło mnie to, że nie jestem najlepsza w klasie pod względem nauki. Zawsze był ktoś z lepszymi ocenami. Czułam się taka głupia. Nie byłam ani najładniejsza, ani najszczuplejsza, ani najmądrzejsza. Przez to czułam się mało wartościowa, ale nikomu o tym nie mówiłam – najbardziej pragnęłam wtedy udowodnić (samej sobie), że cokolwiek znaczę.

 

Ukochany i znienawidzony głód

Pamiętam jak w wakacje pomiędzy 6 klasą a 1 gimnazjum postanowiłam, że od 1 września nie będę jadła słodyczy, schudnę 5 kg i w końcu poczuję się dobrze sama ze sobą. Od początku roku szkolnego rzeczywiście realizowałam swoje założenie. Pierwszy miesiąc jadłam zdrowo i unikałam nadmiaru cukru. Potem zaczęły odpadać kolacja, śniadanie, podwieczorek, przekąska w szkole. Został mi tylko obiad, na który czekałam cały dzień, chociaż gdy nadarzała się okazja, jego też omijałam. Nienawidziłam głodu i jednocześnie go uwielbiałam. Momentami czułam się taka lekka i szczupła, a potem dostrzegałam, że moje uda nadal nie są takie jak powinny być, nie cierpiałam ich – to one były moją największą zmorą. Najbardziej nienawidziłam jednak tego zainteresowania wokół mnie, namawiania do jedzenia, troski, zamartwiania się. Chciałam wtedy roznieść wszystko wokół, płakałam, marzyłam o śmierci. Z drugiej strony, gdy byłam sama i nikt się mną nie przejmował – płakałam. Pragnęłam bliskości i zrozumienia, a gdy miałam na nie szansę irytowałam się, odrzucałam to. Mi samej było wtedy trudno ze sobą wytrzymać, więc nie dziwi mnie, jak ciężko musi być ludziom, będącym w otoczeniu osoby z ED.

 

Dążenie do perfekcji

Moja najniższa waga wynosiła jakieś 34 kg (przy wzroście 158 cm). Było mi wiecznie  zimno (nosiłam pod swetrem 6-7 koszulek), wypadały włosy, łamały się paznokcie, czułam że serce nie bije równo. Nie martwiło mnie to jednak jakoś mocno, nawet gdy Pani psychiatra powiedziała, że w każdej chwili mogę umrzeć, a psycholog ze mnie zrezygnował. W anoreksji był dla mnie jakiś urok. Gdy padła diagnoza poczułam satysfakcję, że coś osiągnęłam. Ona dawała mi złudne poczucie kontroli, nadawała życiu sens.

Kiedy przytyłam przy pomocy dietetyka, psychiatry, leków (na leczenie szpitalne mama się nie zgodziła, a ja wtedy nie miałam zdania, choć teraz uważam, że szpital, to dobre miejsce dla anorektyczek) czułam się pusta. Wcześniej moim celem było niejedzenie i utrata wagi, teraz nie wiedziałam co ze sobą zrobić. ED jeszcze długo dominowało nad moim życiem. Myślę, że łącznie jakieś 6 lat. Ważyłam normalnie, ale i tak siebie nienawidziłam, kombinowałam, dużo myślałam o jedzeniu, planowałam, później weszłam w pro-anę, gdzie nauczyłam się wymiotowania i innych ,,tricków’’. Większość ludzi wokół mnie myślała, że jest okej (chociaż niektórzy znali prawdę), a mnie wyniszczała obsesja, ciągłe myślenie o jedzeniu, a przy tym potrzeba rywalizacji w szkole. Uwielbiałam hasło ,,wierzę w perfekcję i chcę ją osiągnąć’’. Nie umiałam żyć normalnie, wszystko mnie stresowało, czułam się najgłupsza i najgrubsza na świecie, a jednocześnie próbowałam stwarzać pozory, że jest w porządku. Chciałam i nie chciałam tej obsesji. Czułam, że nie mam nic poza nią, to ja nią byłam, a z drugiej strony wykańczało mnie to.

 

Walka z anoreksją

Brakowało mi dowartościowania, poczucia bezpieczeństwa, kogoś, kto by przy mnie był, rozumiał mnie. Dopiero w liceum poznałam cudowną wychowawczynię, Panią dietetyk i korepetytorkę z biologii oraz Panią od angielskiego (później doszła też Pani psycholog). To one spełniły moje oczekiwania. Potrzebowałam kogoś dorosłego, kto by się mną zaopiekował, przy kim czułabym się jak dziecko. Potrzebowałam uwagi, zainteresowania i ciepła. Dostawałam to oczywiście od rodziców, głównie od mamy, ale wiedziałam, że jest ona zawalona innymi problemami i często łatwiej mi było ukrywać przed nią mój prawdziwy nastrój niż mówić prawdę.

Te osoby bardzo mi pomogły, uwierzyły we mnie i dzięki nim poczułam, że jestem coś warta. Ludzie z ED najczęściej potrzebują bardzo dużo ciepła, uwagi i cierpliwości – ja miałam szczęście, że to dostałam. Nadal łatwo mnie spłoszyć, ciągle mam obsesję jedzenia z tyłu głowy i myślę, że może być tak już zawsze. Jednak staram się walczyć, jestem bardziej świadoma tego, co się ze mną dzieje i wierzę, że będzie coraz lepiej. Każdej osobie z ED życzę, żeby tak jak ja spotkała na swojej drodze kogoś, kto pomoże, przytuli, zrozumie i nie będzie poganiał. Myślę, że to jest najważniejsze w leczeniu i sprawia (chociaż oczywiście farmakoterapia i psychoterapia również są mega istotne!), że osoba chora zaczyna czuć się doceniona, wartościowa i potrzebna.

Emilia