Rate this post

Nigdy nie byłam ładnym i szczupłym dzieckiem. Kiedy miałam 13 lat, urodziła się moja młodsza siostra. Pamiętam jak dziś, gdy do naszego domu zjechała się cała rodzina. Wiki od pierwszego dnia była ślicznym dzieckiem. Nie zliczę, ile razy dziennie słyszałam zachwyty na jej temat. Tego pamiętnego dnia było podobnie. Kiedy tak słuchałam komplementów skierowanych w jej stronę, w pewnym momencie coś zrozumiałam, w sekundę wpadłam w płacz i pobiegłam do pokoju. Za mną przyszła mama, zaciekawiona o powód mojego płaczu. Ze łzami w oczach zapytałam jej „Mamo, czemu nie pamiętam, żeby ktoś powiedział do mnie, że jestem ładna, tak samo Wiktoria?”. Nie usłyszałam odpowiedzi, ale nie potrzebowałam jej. Odpowiedź na pytanie widziałam w lustrze każdego dnia.

 

Słowa ranią najbardziej

Kiedy miałam 15 lat moimi koleżankami zaczęli interesować się chłopcy. Pojawiały się pierwsze randki, pocałunki i opowieści. Zbliżały się 16 urodziny mojej najlepszej przyjaciółki. Nie znałam jej znajomych, ale pomyślałam, że skoro jestem tak kontaktową osobą, to pójście samej na imprezę, nie będzie problemem. Był tylko jeden problem. Mój wygląd. Wstydziłam się go. Podkradłam kosmetyki mamie, założyłam najlepsze ciuchy, rozpuściłam włosy. Pomimo dużej wagi, wydawało mi się, że wyglądam dobrze.  Jakże wielkie było moje rozczarowanie, gdy drzwi do mieszkania przyjaciółki otworzyła jej koleżanka, widząc mnie parsknęła śmiechem, odwróciła w stronę reszty znajomych i krzyknęła „ Ej, widzieliście? Kto ją tutaj zaprosił?”. Zamurowało mnie, a oczy wypełniły łzami. Tego dnia postanowiłam zmienić wszystko. Wstać następnego dnia rano i zacząć pracę nad sobą, aby już nikt nigdy nie miał powodu do śmiechu.

 

Początek obsesji

Pierwszy krok – odchudzanie. To była podstawa w moim działaniu. Podeszłam do sprawy rozsądnie, porozmawiałam z mamą, a ona zapisała mnie do dietetyczki. Wszystko szło zgodnie z planem. Moja waga spadała, moja cera zaczęła się poprawiać, a samoocena wzrastać każdego dnia. Kiedy miałam 17 lat mama pozwoliła mi zafarbować włosy. Byłam zachwycona, bo wyglądałam w nich naprawdę dobrze. Odkryłam magię makijażu i nauczyłam się jak tuszować nim moje niedoskonałości. Kiedy w wieku prawie 18 lat osiągnęłam swoją idealną, wymarzoną wagę byłam zachwycona. Przestałam stosować jadłospisy od dietetyka i zaczęłam działać na własną rękę. Nawet nie wiem, w którym momencie moja szafka wypełniona była jedynie nasionami chia, jagodami goji i innymi superfoodsami, a na widok zwykłej czekolady miałam dreszcze.

 

Czy zdrowe odżywianie może być złe?

Sądziłam, że wszystko jest w porządku. Ćwiczyłam prawie codziennie, odżywiałam się perfekcyjnie. Żadnych odstępstw i żadnych wpadek. Byłam z siebie dumna, a znajomi zazdrościli mi mojej silnej woli i samozaparcia, kiedy na spotkaniach towarzyskich podczas gdy oni jedli pizzę i popijali piwem, ja zamawiałam wodę z cytryną. Nie widziałam nic złego w moim zachowaniu. Moja mama z dnia na dzień zwracała coraz większą uwagę na moje posiłki. Próbowała namówić na kawałek ciasta, czy obiad, a ja uciekałam od tego jak mogłam. Czułam, że byłam ponad to. Wszyscy ludzie byli słabi, jedli słodycze i fast-foody, ja byłam ta silna i nieulegająca pokusom. Szczyciłam się szczupłą figurą, piękną cerą, idealnie zrobionym makijażem i fryzurą. Nie miałam zamiaru jakkolwiek zaburzyć mojego życia jedną kostką czekolady, która była dla mnie złem wcielonym. Było mi dobrze z takim życiem, jakie miałam.

 

Sidła ortoreksji

Kiedy po raz kolejny przyjechałam na rodzinny obiad ze swoim pudełkiem, patrząc z pogarda na dania przygotowane przez babcię, moja mama nie wytrzymała. Następnego dnia siedziałam już w gabinecie psychologa słuchając, czym jest jest ortoreksja. To było dla mnie jak abstrakcja. Jak zdrowe odżywianie może być chorobą? To było dla mnie nierealne. Wykrzyczałam wszystkie swoje myśli, podważając kompetencje specjalisty. To była kobieta, byłam pewna, że po prostu zazdrości mi mojego wyglądu. Po wizycie spieszyłam się do domu – właśnie za chwilę wypadała pora mojego posiłku, którego nie mogłam opuścić. Gdy przekroczyłam próg kuchni moim oczom ukazała się moja mama siedząca przy stole z talerzem obiadu. Pamiętam jak dziś – schabowy, ziemniaki i surówka. Powiedziała, że jeśli uważam, że nie mam obsesji, to bez problemu zjem ten jeden posiłek, tylko po to, aby jej coś udowodnić. Zapewniała mnie, że nie przytyję. Chciała tylko zobaczyć, czy jestem w stanie zjeść coś „spoza planu”. Miała rację. Nie zjadłam, a moja psychika nie była w stanie tego przetrawić. Kiedy po chwili zobaczyłam, że z lodówki i szafek zniknęły wszystkie moje dozwolone produkty wpadłam wręcz w histerię. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że nawet w najgorszym głodzie nie byłabym w stanie zjeść tego, co proponowała mi moja mama.

 

Trudna walka

Dziś, od tamtego wydarzenia mijają blisko 3 lata. Teraz, nie jestem w stanie wyobrazić sobie tego, jak wiele musiałam poświęcić w tamtym okresie mojego życia. Nie widziałam jak bardzo zaniedbałam kontakty z rodziną i znajomymi przez to, że nie mogłam wspólnie z nimi cieszyć się jedzeniem. Długo zajęło mi zrozumienie, czym jest ortoreksja i że zdrowe odżywianie nie zawsze jest dobre. Do psychologa chodziłam ponad 2 lata, ale walka z moją głową trwa do dziś. Pomimo tego, że potrafię zjeść wspólny obiad z rodziną, sięgnąć po ulubionego batona, czy napić ze znajomymi alkoholu, to w mojej głowie wciąż słyszę ten znajomy głos, że to co robię, jest złe. Póki co wygrywam z nim i mam zamiar wyrywać jak długo się da.

Monika