5 (100%) 1 vote

Odchudzać próbowałam się wiele razy, jak to typowa nastolatka, kobieta. Zawsze kończyło się po 2, 3 dniach. 3 dni szło pięknie, a potem, no cóż, dieta szła w odstawkę. Nie byłam nigdy gruba, ale jednak „większa” od moich koleżanek. Pamiętam do tej pory, jak w 4 klasie szkoły podstawowej usłyszałam od koleżanek z klasy, że nie mam wcięcia w talii tylko same boczki. 10 letnie dziecko! To były jedne z pierwszych komentarzy odnośnie mojego wyglądu.

historia-natalii

Nienawidziłam dojrzewania

Pod koniec szkoły podstawowej wszystkie moje koleżanki miały już widocznie zarysowany biust, ja natomiast byłam najbardziej „płaska” z nich wszystkich. W pierwszej klasie gimnazjum zaczęło się to zmieniać, ale zaczęłam również słuchać komentarzy o tym, że jestem gruba, wisi mi tłuszcz itp. Najgorsze, że słuchałam tego od niby najlepszej przyjaciółki. Porównywała mnie nawet z nauczycielami, mówiąc, że temu i temu nie wisi brzuch tak, jak mi. W dodatku biust urósł mi w bardzo szybkim tempie, w ciągu 1.5 roku z zerowego miałam rozmiar F. Oczywiście w gimnazjum nie mogło to obejść się bez zauważenia. Pamiętam komentarze „ale cycki!”, „powinnaś startować do króliczków playboya!”, albo gadanie za moimi plecami, że jak idę po schodach, to chłopcy się zwołują, żeby z góry poobserwować, jak mój biust się porusza. Idąc przez miasto również słuchałam nieprzyjemnych tekstów. Nienawidziłam swojego biustu, dojrzewania. Szukałam sposobu jak zmniejszyć biust. Oczywiście internet sugerował jedno: schudnąć. Więc podjęłam kolejną próbę.

 

W szkole budziłam podziw

To były wakacje po drugiej klasie gimnazjum. Zaczęłam standardowo: odstawić słodycze, fast foody. Potem to było mało, zatem zaczęłam czytać o różnych dietach, dukan, southbeach, kopenhaska. Dieta od diety i trafiłam na blogi pro-ana, motylkowe. Dziewczyny jedzące po 800 kalorii dziennie, po 500, po 300. Z początku to było dla mnie głupie, niepoważne. Ale widok ich figur, płaskich brzuchów skusił do spróbowania. I założenia swojego bloga. To był początek końca zdrowego rozsądku. Chudłam, mama zaczęła się martwić, wcześniej byłam pod opieką psychologa i psychiatry ze względu na problemy rodzinne. Było to im zgłaszane, ale no cóż, dalej robiłam, co chciałam. Po wakacjach wróciłam lżejsza o jakieś 7 kg, a biorąc pod uwagę fakt, że wcześniej nie byłam gruba, to było to bardzo widoczne. Zatrzymała mi się również miesiączka. W szkole budziłam podziw, mimo że byłam w trójce najlepszych uczniów w szkole, jeździłam na przeróżne konkursy i niejednokrotnie stawałam na podium, to moje chudsze ciało budziło podziw, nie umysł.

Zaczęły się pierwsze zasłabnięcia, kierowanie na badania krwi i tego typu. Wszystko było dobrze więc nie mogli się do niczego przyczepić. Dalej brnęłam w diety. Doszło do tego, że jadłam po 300 kalorii dziennie, ćwiczyłam w ukryciu, brałam różne leki na zahamowanie apetytu oraz przeczyszczające. Mama zawiozła mnie do ośrodka dla osób z zaburzeniami odżywiania, który był dość daleko od naszego domu, więc tam uznali, że bez sensu żebym dojeżdżała na dzienną terapię (choć mamie to nie przeszkadzało), zatem dostałam skierowanie do szpitala psychiatrycznego. Na izbie przyjęć odegrałam scenę pt. ”Nigdzie nie idę, kładę się na ziemi.” Jako, że byłam nieletnia nie miałam zbyt wiele do gadania, albo po dobroci, albo przez sąd. Wylądowałam na oddziale dla dzieci i młodzieży. Pierwsza noc była okropna. Łóżko na korytarzu, dziewczynka krzycząca do pielęgniarek „Ty kurwo, Ty pizdo, wyjebię Ci”. Siedziałam zapłakana na korytarzu, kiedy podszedł do mnie chłopak mówiąc: „Nie płacz, nie płacz i tak umrzesz.”

 

Chciałam być najlepsza

W szpitalu okazało się, że wysiadają mi nerki, mam poważne zmiany w krwi. Do tej pory pamiętam zapłakaną mamę trzymającą mnie za rękę przy łóżku, gdy mój żołądek odmówił posłuszeństwa na przyjmowany w szpitalu pokarm i z bólu nie potrafiłam się nawet ruszyć. Szpital wspominam bardzo źle. Brak pomocy, straszenie nas jedzeniem, obwinianie nas za wszystko, upokarzanie. Po wyjściu ze szpitala oprócz ciut większej wagi nie zmieniło się nic. Namówiłam mamę, żeby nie jeździć na kontrolę (wcześniej szukałam obciążników do kieszeni żeby oszukiwać), a że była w ciąży, którą źle znosiła zgodziła się dając mi duży kredyt zaufania. Niestety, było gorzej. W dodatku nie dawałam rady z nauką w liceum. Chciałam być najlepsza, więc uczyłam się coraz więcej, jadłam coraz mniej. I tak po ukończeniu 1szej liceum, która była okropnym czasem, często wpadałam w ataki furii, niejednokrotnie wieczorami przyjeżdżało do mnie pogotowie, żeby dać mi zastrzyk na uspokojenie, poleciałam na wakacje do rodziny.

Tam kombinowałam z jedzeniem, ile się dało. Spowodowało to kłótnie z rodziną oraz wylądowanie w szpitalu. Ponoć zasłabłam i dostałam drgawek. Po powrocie zza granicy sytuacja się powtórzyła. Stwierdzono, że to padaczka (niedawno dowiedziałam się, że nie jest ani nie była to padaczka tylko tężyczka, która u mnie wywoływana jest przez niedobór magnezu i wapnia). Kolejni lekarze, kolejne wizyty, kolejne leki. W międzyczasie z powodów zdrowotnych zaproponowano mi indywidualny tok nauczania, żeby mnie odciążyć. Koniec końców się zgodziłam, ale to oznaczało totalny brak kontaktu z rówieśnikami, ponieważ wolny czas spędzałam w domu, to dodatkowo w szkole byłabym odizolowana. Brak znajomych, zaburzenia, pożegnane marzenia o medycynie. Depresja coraz bardziej się pogłębiała.

 

historia-natalii

Prawie się udusiłam

W międzyczasie urodził się mój braciszek. Byłam tak zaślepiona zaburzeniami, że praktycznie nic nie pamiętam z jego okresu niemowlęcego. Na padaczkę dostałam leki, po których zaczęłam tyć. Wzmożony apetyt, coraz większa waga, znalazłam i na to rozwiązanie. Zaczęłam się objadać i prowokować wymioty. Trwało to ponad 9 miesięcy, potrafiłam zmuszać się do wymiotów kilka razy dziennie, miałam wiecznie podrażnione gardło, na rękach ślady po poparzeniach od kwasu. Próbując wspomagać się przedmiotami prawie się udusiłam. Wymiotowałam wszędzie; mówiłam mamie, że idę do sklepu, a tak naprawdę szłam za pobliski śmietnik. W szkole, na wycieczkach szkolnych. Sięgnęłam dna. Jednak było coś, co trzymało mnie przy życiu: mój brat. Powoli zaczęłam wychodzić na prostą, ale wpadłam w kompulsy, których tym razem nie zwracałam, ale katowałam się ćwiczeniami. Dzień dostosowywałam pod ćwiczenia.

Brak znajomych, sztywny schemat dnia. Tak wyglądało moje życie. Uratowały mnie studia. Miałam pokój z koleżanką, więc nie miałam jak się objadać. W dodatku nowe miasto, nowi ludzie, to była szansa dla mnie. Nowa, czysta karta. Wszystko mnie przerażało. Kontakt z ludźmi i w dodatku przejście z indywidualnego toku nauczania, gdzie miałam może 20 bądź mniej godzin tygodniowo, na pełen, uczelniany „etat”. Jednak potwierdziło się znane przysłowie: co Cię nie zabije to Cię wzmocni. To, czego się bałam tak naprawdę mnie uratowało. Zaczęłam poznawać ludzi, być lubiana (co nigdy wcześniej nie miało miejsca). To był mój czas i szansa na kopnięcie zaburzeń odżywiania.

 

Trzeba jednego – chcieć walczyć

Obecnie, 9 lat od początku tego koszmaru nie choruję już na zaburzenia. Jednak mimo wszystko depresja (spowodowana też trudną sytuacją rodzinną z przeszłości), nerwica, brak pewności siebie, kompleksy, często mi o sobie przypominają. Ale od 10 miesięcy chodzę na terapię z prawdziwego zdarzenia, pracuję nad sobą i widzę pierwsze efekty. Niestety, po drodze byłam wielokrotnie poniżana, robiono rzeczy wbrew mnie, ale dzięki terapii nauczyłam się z tym żyć. Mam znajomych, dobrą pracę, od 3 lat jestem totalnie niezależna finansowo, widzę ogromne zmiany w charakterze, samoocenie. Czy żałuję, że chorowałam? Z jednej strony tak, ponieważ straciłam lata licealne, uznawane za najlepszy czas wspomnień. Z drugiej strony: nie. Wygranie z tym, jak i z innymi ciężkimi sytuacjami (życie z ojcem alkoholikiem, wykorzystanie seksualne przez innego mężczyznę, znoszenie poniżania przez kolejnych) dodało mi niesamowitej siły. Wiem, że dam sobie radę z przeciwnościami losu i wiem, że osobą, o którą powinnam się troszczyć najbardziej, bo będzie ze mną do końca bez względu na wszystko, jestem ja sama. Każda sytuacja ma swoje „lekcje”. Z zaburzeniami odżywania, mocną depresją, myślami samobójczymi da się wygrać tylko trzeba jednego – chcieć walczyć.

 

Natalia

anoreksja-historie-dziewczyn