Rate this post

Zapewne większość z Was słyszała o bulimii jako o chorobie, która przychodzi w momencie, w którym zaczynamy mieć problemy z wagą. Nasza sylwetka nie wygląda tak, jakbyśmy chcieli, racjonalne odchudzanie się nie przynosi efektów, a my staramy się znaleźć drogę na skróty. Ja również zachorowałam na bulimię – jako szczupła i potencjalnie zdrowa osoba. Jak to się stało? Moja historia była trochę inna.

 

Jadłowstręt

Mieszkam w Warszawie, studiuję na ostatnim roku magisterki. Czuję się typowym „mieszczuchem”, tak zresztą było od zawsze. Niestety właśnie to stało się też przyczyną moich problemów. Pochodzę z bardzo małej wsi na południu Polski. Moja rodzina jest typowo rolnicza, mogłabym wręcz rzec – zacofana. Moi rodzice całe życie spędzali w tej wiosce i jedynie raz na jakiś czas jeździli do miasta na większe zakupy, tłumacząc zawsze, że niczego im tam nie brakuje. Za każdym razem jeździłam z nimi; zawsze ciągnęło mnie, aby zobaczyć „większy świat”, ponieważ nawet do szkoły chodziłam do wsi obok. Dopiero w czasach liceum zaczęłam czuć, że oddycham pełną piersią – wtedy musiałam iść do szkoły znacznie oddalonej od mojego domu. Byłam inna niż moi rodzice. Nie znosiłam wstawać rano i pomagać im w gospodarstwie, być budzona od małego przez koguty, nie lubiłam też jeździć z tatą na pole. Zastanawiacie się pewnie, gdzie w tej całej historii moje problemy z jedzeniem? Jeśli ktoś z Was ma rodzinę na wsi, myślę, że doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jak wygląda sposób odżywiania tamtejszych ludzi. Nienawidziłam ciepłego porannego mleka prosto od krowy, jajek, które sama rano zebrałam z podwórka, i mięsa z kurczaka biegającego po podwórku jeszcze poprzedniego wieczora. Im starsza byłam, tym gorzej to wyglądało. Na nic nadawały się tłumaczenia, że nie miałam ochoty czegoś zjeść; zawsze słyszałam, że po prostu wymyślam. Przez to byłam złą córką. Ciągle słyszałam, że dają mi dach nad głową, urabiają się po łokcie, żebym miała co jeść, a ja zamiast to docenić – wybrzydzam.

 

Nietypowe początki

Kiedy pewnego dnia usłyszałam, że jeśli się nie uspokoję, zostanę wysłana do miasta do szkoły z internatem i może wtedy zacznę doceniać to, co dla mnie robią, spanikowałam. Do głowy wpadł mi jeden pomysł. A co gdybym zaczęła jeść, a potem po prostu wymiotować? Nawet nie wiem kiedy minęły mi dnie, tygodnie i miesiące takiego „trybu życia”. Po pewnym czasie stało się to dla mnie pewnym rytuałem, wręcz uzależnieniem. Wymiotowałam nie tylko jedzeniem, które wcześniej mnie obrzydzało – odruch wymiotny zaczął pojawiać się po każdym kęsie. Chudłam w zastraszającym tempie, a dla moich rodziców, uważających, że prawdziwa kobieta powinna mieć pełne kształty, znowu stałam problemem. Zaczęły się pytania, na które nie potrafiłam odpowiedzieć: „ Jakim cudem chudniesz, skoro ciągle jesz?”. Słysząc je, już wtedy wiedziałam, czym jest bulimia, anoreksja i zaburzenia odżywiania. Wiedziałam, że to, co robię, nie jest normalne. Chciałam, naprawdę chciałam, coś z tym zrobić, jednak dla moich rodziców prośba o pójście do psychologa była równoznaczna z tym, że jestem nienormalna. Myśleli stereotypowo. Gdyby ich córka poszła do psychologa, a ludzie dowiedzieliby się o tym, nie pokazaliby się innym. Wstydziliby się mnie. W takim stanie, w kłótniach, na zmianę jedząc, wymiotując i głodząc się, spędziłam resztę liceum.

 

Walka o lepsze jutro

Na studia czekałam jak na zbawienie. Wyjechałam do Warszawy, od pierwszego roku rozpoczęłam pracę. Zaczęłam obracać się w zupełnie innym świecie, zaczęłam jeść to, na co miałam ochotę. W międzyczasie znalazłam poradnię psychologiczną dla studentów, a stamtąd zostałam skierowana do psychodietetyka. Moi rodzice nigdy nie dowiedzieli się, na co wydawałam wysyłane przez nich pieniądze. Dla mnie leczenie było koniecznością. Nie było łatwo. Nawet jedząc to, na co miałam ochotę, wieloletnie przyzwyczajenie kazało mi wymiotować, co zresztą często też miało miejsce. Potrzebowałam czasu, aby przyzwyczaić się do nowej sytuacji. Dziś jestem weganką. Nie mam problemu z ludźmi jedzącymi mięso, nabiał czy jaja. Po prostu od urodzenia czułam, że jest to dieta dla mnie i jedyny sposób, w jaki potrafię się odżywiać. Czasami zastanawiam się, czy gdybym urodziła się w mieście i miała bardziej tolerancyjnych rodziców, którzy, widząc moje upodobania, wysłaliby mnie do dietetyka i zadbali o to, abym czuła się komfortowo, przeszłabym przez to wszystko. Nie obwiniam rodziców, tacy po prostu są, chcieli dla mnie dobrze, nie mając wystarczającej wiedzy o pewnych rzeczach. Być może kiedyś odważę się opowiedzieć im całą moją historię, ale do tego potrzebne będzie jeszcze wiele, wiele lat.

 

Oliwia