5 (100%) 2 votes

Wszystko zaczęło się… no właśnie, sama nie wiem kiedy. Może wtedy gdy moja mama zachorowała? Albo gdy postanowiła przejść na dietę, a ja razem z nią? A może, gdy zaczęłam dojrzewać i być świadoma własnego ciała?

historia w.

 

 

Pierwsze zmiany

Problem z akceptacją swojego wyglądu miałam od zawsze. Nie należałam do najszczuplejszych, nie byłam też jednak otyła. Miałam ogromne kompleksy, a docinki w szkole zdecydowanie nie pomagały. Do pewnego momentu  sobie z tym radziłam, potrafiłam obrócić w żart, mówiłam sobie, że wygląd nie jest najważniejszy.

Wszystko zmieniło się, gdy moja mama zachorowała na białaczkę. To był szok dla naszej rodziny, a dla mnie – nastolatki, bardzo silnie związanej z mamą – było to wyjątkowo trudne. Mama postanowiła się zdrowiej odżywiać, bo wierzyła, że to może zahamować postęp choroby. Nie były to drastyczne zmiany – chleb żytni zamiast pszennego, odstawienie słodyczy, duża ilość warzyw, itd. Stwierdziłam, że nic nie stoi na przeszkodzie, żeby towarzyszyć mamie w diecie – może troszkę schudnę, może poczuje się lepiej w swoim ciele?

 

Wciąż zbyt gruba

Na początku wszystko szło zgodnie z planem, a ja czułam się świetnie, bo z wagi zleciało parę kilogramów. Ale było mi mało. Zamiast dwóch kromek jadłam jedną, obiad bez ziemniaków. Wszystko nasiliło się, gdy w diecie zostałam sama – mama dużo czasu spędzała w szpitalu, przyjmując cykle chemioterapii. Zaczęłam coraz bardziej ograniczać jedzenie. Rodzina zauważała, że coś jest nie w porządku. Zwłaszcza mama była przerażona moim wyglądem. Ja wciąż uważałam, że jestem zbyt gruba. Nie potrafiłam zahamować restrykcji, ograniczałam jedzenie coraz bardziej i bardziej. W skrajnych momentach potrafiłam jeść tylko pół miseczki mleka z kilkoma płatkami na śniadanie i kolacje, a na obiad 2 cieniutkie naleśniki upieczone bez tłuszczu bez żadnych dodatków.

 

Gra w pozory

Mama martwiła się o mnie, prosiła żebym zaczęła choć odrobinę więcej jeść. Mimo tego, że widziałam, że robię jej przykrość, nie mogłam się przełamać. Starałam się udawać, że zjadam nałożone porcje, a gdy nikt nie widział wyrzucałam większość do kosza. Mama zaprowadziła mnie do psychiatry, ustaliliśmy układ – 2 kg do przodu do kolejnej wizyty, a gdy nie spełnię wymogu, to trafiam do szpitala. Przestraszyłam się i na początku rzeczywiście starałam się jeść tak, żeby waga wzrosła. Niestety, pierwszy wzrost o pół kg był dla mnie tak przerażający, że szybko ograniczyłam ilość przyjmowanych kalorii. Mama trafiła ponownie do szpitala, tata jeżdżąc do niej kilka razy w tygodniu i pracując nie był w stanie mnie kontrolować. Zaczęłam ograniczać jedzenie jeszcze bardziej, a waga ciągle spadała. Jesienią 2009 roku ważyłam już 34 kg. Mama robiła wszystko żeby mi pomóc, w szpitalu poradzono jej, żeby skierować mnie na oddział stacjonarny na ulicy Kopernika w Krakowie, gdzie leczy się cięższe przypadki anoreksji. Szybko umówiła mnie na pierwszą wizytę w przychodni przyszpitalnej, z której miałam być skierowana na oddział.

 

Odroczenie

Niestety, w międzyczasie stan zdrowia mamy się pogorszył. Zapalenie płuc, sepsa, OIT. Po tygodniu walki zmarła 16 grudnia 2009 roku. To był bardzo ciężki okres dla całej naszej rodziny. Moja choroba postępowała dalej, wyglądałam przeraźliwie chudo, czułam się słabo, a w końcu sama zauważyłam, że mam problem i potrzebuję pomocy. Tata przejął sprawy w swoje ręce, udaliśmy się do przychodni, w której miałam umówioną wizytę. Pani doktor zważyła mnie – waga pokazała 31 kg. Oczywiście chciała przyjąć mnie na oddział. Byłam załamana tą decyzją, ponieważ byłam wtedy w 3 gimnazjum, miałam brać udział w ostatnich etapach dwóch olimpiad, przede mną były egzaminy gimnazjalne. Pani doktor zgodziła się wstrzymać przyjęcie na oddział do czasu napisania egzaminów.

 

Etap 0

Spodziewałam się, że w szpitalu spędzę maksymalnie miesiąc. Ostatecznie byłam tam pół roku. Zaczęłam oczywiście od etapu 0 – stan zagrożenia życia. Konieczność jedzenia dużej ilości kalorii i obserwowanie wzrostu wagi były dla mnie niesamowicie trudne. Robiłam wszystko, żeby nie postępowało to tak szybko – ćwiczenia w toalecie, wycieranie masła pod stół, wyciąganie „żyłek” z mięsa w ten sposób, że w efekcie na talerzu zostawała go więcej niż połowa, wypijanie 1,5 l wody każdego dnia przed ważeniem, żeby zafałszować wynik, stanie prawie 24 godziny. To wszystko spowodowało, że na etapie 0 spędziłam 3 miesiące.  Przez ten okres nie wychodziłam na zewnątrz, nie mogłam wyjeżdżać też na przepustki do domu. Byłam coraz bardziej zmęczona sytuacją, chciałam wrócić do domu, dodatkowo zrozumiałam, że jeśli nie przytyję, to nie rozpocznę we wrześniu liceum. Zmobilizowałam się, jadłam wszystko, przestałam ćwiczyć. Waga wzrastała.

Zostałam wypisana do domu, gdy ważyłam 42 kilogramy. Rozpoczęłam terapię ambulatoryjną – terapię rodzin raz na 2 tygodnie. Czy to koniec historii? Niestety nie. Nadal myślałam tylko o tym, by znów schudnąć. Początkowo, dzięki intensywnej kontroli taty i spotkaniach w ambulatorium, utrzymywałam wagę. Wszystko zepsuło się gdy wyjechałam na 6 tygodniowy wyjazd do USA do mojego wujka. Pozbawiona nadzoru wróciłam do wagi sprzed szpitala.

 

Błędne koło

Pierwszy przełom w mojej głowie nastąpił tuż po powrocie. Załamanie taty, płacz na mój widok na lotnisku. Obiecałam sobie i tacie, że teraz wszystko się zmieni. Zaczęłam jeść, jeść bardzo dużo. Waga zaczęła wzrastać w bardzo szybkim tempie. Pojawiały się napady objadania, wieczne poczucie winy, prowokowanie wymiotów. Mimo, że wszyscy wokół mnie cieszyli się, że nie wyglądam już tak okropnie jak wcześniej, ja nigdy nie czułam się gorzej. Moja relacja z jedzeniem też nigdy nie była gorsza. Karą za napad objadania, było zjedzenie kolejnej porcji – błędne koło.

 

Koniec tajemnic

To wtedy poznałam J., mojego narzeczonego. Początkowo próbowałam ukrywać problem. Pilnowałam się, by przy nim nic je jeść, co skutkowało tym, że w samotności potrafiłam na raz pochłonąć 3000 kcal. Im dłużej przebywaliśmy ze sobą, tym trudniej było utrzymywać wszystko w tajemnicy. Wiedziałam, że muszę w końcu zacząć normalnie żyć. Zaczęłam od pracy nad podejściem do samej siebie. Zdecydowałam, że koniec z karami, czas dać sobie przyzwolenie na zjedzenie jednej pizzy – ale nie jedzenie 3 pizz. Wprowadzałam zmiany stopniowo, powoli. Próbowałam wszystkiego żeby w końcu polubić siebie. Bardzo pomógł mi J. Napady objadania pojawiały się coraz rzadziej, a waga w końcu się ustabilizowała.

 

Prawo do szczęścia

Studiuję medycynę, dbam o zdrowie. Utrzymuję zdrową wagę. W tym roku biorę ślub. W końcu jestem szczęśliwa. Czy jestem zdrowa? Myślę, że anoreksja zostanie ze mną już na zawsze. Ale nauczyłam się trzymać ją w ryzach, nie dopuszczać, by znów zawładnęła moją głową. Mam gorsze dni, jak każdy. Często widzę siebie inaczej niż inni. Nie zapomniałam też niestety tabel kalorycznych. Daję sobie jednak przyzwolenie nawet na najbardziej kaloryczne pokarmy, z pełną świadomością i satysfakcją. Wiem, że bez pomocy bliskich mi osób nie byłabym tutaj, gdzie jestem. Gdyby nie moja rodzina i J. nie wiem czy nadal bym żyła. A przecież życie jest takie piękne. Najważniejsze, to zaakceptować siebie. Masz prawo do szczęścia. Życie jest tylko jedno – wykorzystaj je dobrze.

W.