4.3 (86.25%) 32 votes

Psychiatryk – to słowo zawsze kojarzyło mi się z filmami. Tylko z nich je znałam. Stare, brudne, ogromne budynki, gdzieś z dala od miasta. Budynki bez klamek w oknach, a w nich tak zwani wariaci – ludzie, których trzeba się bać. Ludzie zażywający psychotropy, ubrani w kaftany albo przypięci pasami do łóżka. Wariaci, których nie chciałoby się poznać, bo budzą strach i odrazę. Pewnie jeszcze długo miałabym przed oczami taki obraz szpitala psychiatrycznego i jego pacjentów. Jednak dość szybko się to zmieniło, bo w wieku 13 lat sama stałam się takim „wariatem” z oddziału zamkniętego.

historia-zuzi

Pani na A

Panią na A poznałam w wieku 12 lat i chociaż nasze początki były trudne, to dość szybko się zaprzyjaźniłyśmy. Minęło wiele czasu zanim zrozumiałam, że niszczy moje ciało, psychikę, rodzinę, przyjaźń. Że tak naprawdę niszczy cały mój świat.

Po wielu prośbach, groźbach i poszukiwaniach chorób rodzice powiedzieli dość. Krótka rozmowa z psychiatrą wystarczyła do tego, żebym stała się pacjentem oddziału psychiatrii dla dzieci i młodzieży.

Najpierw zobaczyłam jakieś 3 lub 4 osoby siedzące przy pielęgniarkach. Przez przeszklone drzwi do jadalni widać było małą dziewczynkę z wielką bułką. Jak się później okazało, to moje nowe koleżanki i kolega. Nowi znajomi, którzy tak jak ja, wybrali przyjaźń z A. Dziewczynka z bułką zawsze najpóźniej odchodziła od stołu, czekała aż wszyscy zjedzą, by zostać sama na jadalni. Tak pokazywała, że nie chce niczego zmieniać.

 

Normalność w psychiatryku

Pierwsze dwa tygodnie były ciężkie. Nie obeszło się bez płaczu – mojego, rodziców, babci. Błagałam, żeby zabrali mnie do domu, obiecywałam, że już będę jadła, ale nie było odwrotu. Świadomość, że jestem na tym oddziale nie pomagała. Wręcz przeciwnie. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego tutaj tkwię. Przecież jestem normalna, nic złego nie robię, a wszyscy się mnie czepiają.

Z czasem okazało się, że psychiatryk nie jest taki, jak w filmach, a pacjenci są o dziwo normalni.

Owszem, były zasady, warunki, wymogi. Przed wejściem na oddział oddawaliśmy nasze komórki. Nie można było mieć maszynek. Okna nie miały klamek, drzwi prowadzące na oddział były nie do ruszenia. Tylko lekarz, psycholog i pielęgniarka mogli je otworzyć za pomocą karty. Na korytarzu i jadalni były kamery. Rodzice i znajomi nie mogli wchodzić na oddział. Spotykaliśmy się w sali odwiedzin, pod okiem kamer i ochroniarza. Przy oddziale mieliśmy coś w rodzaju ogródka. Jednak był on z betonu i otoczony murem, tak, że nie widzieliśmy ludzi chodzących po chodniku. Jednak nie był to stary, zaniedbany szpital. Miałam to szczęście, że trafiłam na oddział, który był nowy, przeniesiony z innego budynku. Było czysto i kolorowo. Wyposażenie było nowe, ładne i zadbane. Mieliśmy świetlicę, a w niej dużo gier. Były klasy lekcyjne, sala informatyczna, nawet pokój nauczycielski.

 

Szpitalna rutyna

Życie w szpitalu było rutyną, miało namiastkę „normalności”. Każdego dnia wstawaliśmy o tej samej porze, ale nie wracaliśmy w piżamach do łóżka, jak to bywa w większości szpitali. Każdy przebierał się w swoje ubrania i szedł na zajęcia szkolne. Mieliśmy te same przedmioty, co w szkole. Były zadania, sprawdziany, odpowiedzi. Nawet namiastka wychowania fizycznego, jednak ja, razem z innymi osobami z anoreksją, byłam z tego przedmiotu zwolniona. W trakcie zajęć szkolnych była przerwa na drugie śniadanie i obiad. Resztę czasu spędzaliśmy na świetlicy, a po podwieczorku siedzieliśmy w swoich salach lub na jadalni. Byli nauczyciele, którzy naprawdę chcieli nas czegoś nauczyć, zależało im na tym, żebyśmy nie mieli zaległości. Pamiętam wspaniałą panią od matematyki, która była bardzo miła i opiekuńcza, a gdy widziała, że jestem z materiałem do przodu, robiła ze mną dodatkowe rzeczy. Jednak nie zabrakło też tych, którzy przyjeżdżali z trzydziestominutowym opóźnieniem, nie dając później słowa wyjaśnienia. Można było odczuć brak szacunku i lekceważenie. Do osób, które miło wspominam należą także panie ze świetlicy, które wymyślały nam zabawy, puszczały filmy, a przede wszystkim z nami rozmawiały. Słuchały nas, tłumaczyły, okazywały zrozumienie, ciepło i miłość. Można się było do nich przytulić lub wypłakać na ich ramieniu. Czasami do szpitala przyjeżdżali także goście – teatrzyk, misjonarka, motocykliści.

 

Do ostatniego okruszka

Na samym początku, z powodu odwodnienia i osłabienia, dostałam kroplówkę i musiałam leżeć. Mogłam wstawać tylko na jedzenie. Następnie przydzielono mi lekarza i psychologa. Z panią psycholog miałam indywidualne spotkania, co jakiś czas także z psychiatrą. Oprócz własnej terapii, chodziłam także na spotkania grupowe, prowadzone przez dwóch, innych psychologów. Moi rodzice również uczęszczali na spotkania z moim lekarzem prowadzącym i psychologiem. Do procesu leczenia należały też systematyczne posiłki – ich liczba i kaloryczność zależała od etapu leczenia. Podczas jedzenia byliśmy pilnowani – przez kamerę i dodatkowo przez pielęgniarki, które sprawdzały, czy wszystko zjadamy i nie zostawiamy za dużo okruszków. Do ich zadań należało także pospieszanie nas i straszenie, że jak będziemy przedłużać lub nie zjemy wszystkiego, to dostaniemy dokładkę. Jeśli chodzi o jedzenie, nie otrzymywaliśmy taryfy ulgowej. Musieliśmy zjadać wszystko. Zresztą o każdej próbie zostawienia czegoś był informowany lekarz i psycholog. Ważenie odbywało się raz w tygodniu. Jeśli była taka potrzeba mieliśmy także leczenie farmakologiczne.

 

List do anoreksji

Zwracano uwagę na to, jak się zachowujemy, czy stosujemy się do zaleceń lekarza, czy jesteśmy aktywni podczas terapii. Od tego zależała weekendowa przepustka, odwiedziny, nadzór podczas kąpieli. Wpływało to także na zgodę na naukę, na zalecenie karmienia przez sondę czy umieszczenie pacjenta w izolatce.

Nie byłam w stanie zaufać psychologom, chociaż tak bardzo tego wtedy potrzebowałam. Bywały momenty, gdy chciałam powiedzieć o wszystkich problemach, ale lęk był silniejszy. Mimo tego psycholog bardzo się starała, próbowała różnych metod – testów, rozmów, rysunków. Z zadań, które mi zaproponowała, a które po pewnym czasie zgodziłam się wykonać, było napisanie listu do anoreksji. Bardzo się przed tym broniłam i chociaż wtedy wydawało mi się to dziwne, niezrozumiałe i wkraczające w moją prywatność, teraz wiem, że było potrzebne. Psycholog mogła się dowiedzieć, co myślę, czym dla mnie jest ta choroba, czy w ogóle jest jak choroba. Pomogło mi to uświadomić sobie, że cierpię nie przez wymogi rodziców, lekarza i psychologa, ale przez anoreksję – która wtedy już przestała być moją przyjaciółką.

 

Wyjście ze szpitala

Chociaż będąc w szpitalu miałam tylko 13 lat, życie nabrało dla mnie nowego znaczenia. W szpitalu zobaczyłam wiele bólu i cierpienia, wiele chorób, walkę o zdrowie i życie. To wszystko zmienia człowieka, zwłaszcza tak młodego, który dopiero kształtuje swoją tożsamość i poglądy. Osiągnęłam wagę, dzięki której mogłam opuścić oddział, dano mi jednak warunek. Mogę wyjść ze szpitala, jeśli nadal będę chodziła do psychiatry i psychologa. Po otrzymaniu wypisu, jeszcze raz musiałam przyjechać na kontrolę. To pokazywało troskę o moje zdrowie. Mocną stroną była także próba zapewnienia nam edukacji. Bardzo ważne było także to, że poznałam tam nauczycieli, pielęgniarki, psychologów i lekarzy, którzy dali mi wiele wsparcia, a których do tej pory ciepło wspominam. Nawiązałam także znajomości z pacjentami, które trwają do chwili obecnej, a od wyjścia ze szpitala minęło prawie 8 lat. W szpitalu byliśmy w pewnym sensie dla siebie wsparciem, rozumieliśmy się, mieliśmy wspólne doświadczenia. Jednak pod pewnym względem relacje te utrudniały przebieg leczenia. To w szpitalu nauczyłam się oszukiwać. To u innych pacjentów zobaczyłam zachowania, które dość szybko przejęłam, a które opóźniały leczenie. A nawet po powrocie do domu sprawiły, że bardzo szybko wróciłam do stanu sprzed szpitala. Ważne i smutne jest też to, że spotkałam tam osoby, które według mnie nie powinny pracować w szpitalu, a tym bardziej z dziećmi, które bardzo często walczyły o życie.

 

Droga Pani na A…

W moim przypadku na szpitalu się nie skończyło. Pobyt w nim był początkiem ciężkiej i długoletniej walki, ale był bardzo ważnym punktem w moim życiu. Do szpitala trafiłam z zagrożeniem życia, wychodząc z niego mój organizm był silniejszy. Zaczęłam rozumieć, że mam problem, sama przed sobą się do tego przyznałam. Stało się coś niesamowitego. Bo uświadomienie sobie tego, że jest się chorym, to już połowa sukcesu. Tak ważne jest to, żebyśmy sami podjęli decyzję o leczeniu, żebyśmy wybrali życie, a nie śmierć. Pamiętajcie, że upadki są naturalną częścią procesu leczenia, że nawroty się pojawiają, ale mimo tego trudu i cierpienia, nie można się poddawać, bo po burzy zawsze wychodzi słońce. Anoreksję – Panią na A – można pokonać.

Zuzia

anoreksja-historie-dziewczyn