5 (100%) 1 vote

Mam 18 lat. Jestem świeżo po dobrze zdanej maturze. Wszystkie moje koleżanki, a zwłaszcza jedna – S., przyjaciółka od serca – idą na studia dzienne. Ja, z powodu sytuacji finansowej, na zaoczne. Czuję ogromny smutek i strach, że zostanę sama.

 

Pierwsze spotkanie

W wakacje poznaję chłopaka. Zaczynamy się widywać. W sumie nic do niego nie czuję, ale nigdy nie miałam nikogo „na serio”. I choć od dawna jestem zakochana bez wzajemności w kimś innym, to cieszę się, że mam teraz kogoś, z kim mogę spędzać czas. T. ma siostrę. Jest duszą towarzystwa; duszą w bardzo szczupłym ciele. Od razu zwracam na to uwagę, imponuje mi tym, czuję zazdrość. T. ją uwielbia i podziwia. Pojawia się myśl, że chciałabym być taka, jak ona (po kilku spotkaniach dowiaduję się, że ma anoreksję i bulimię). Moja najlepsza przyjaciółka S. też jest chuda i zawsze bryluje w towarzystwie. Przez wszystkie lata naszej przyjaźni bardzo jej tego zazdrościłam.

 

Pierwsze wymioty i kołatanie serca

Wspólny wyjazd z T. Jakoś tak się złożyło, że nie zjadłam śniadania. Przez kilka godzin nic nie włożyłam do ust i pierwszy raz w życiu poczułam tę charakterystyczną błogość, lekkość. Poczułam się wyjątkowo. Pół roku później rozstajemy się. Na studiach idzie mi świetnie. Jestem na diecie: zero cukru, zero mięsa, zero tłuszczu, jem tylko do 15.00. Ciężko wytrzymać w tym reżimie, zaczynają się okresy objadania i wymiotowania. Dużo biegam i jeżdżę na rowerze. Czasem czuję, jak kołacze mi serce i mam zawroty głowy, ale nie przeraża mnie to. Cyferki na wadze lecą w dół. 49, 47, 45 kg. W najgorszym momencie jest niecałe 42. Spotykam się wtedy z chłopakiem, w którym kiedyś byłam zakochana bez wzajemności. Jestem szczęśliwa, a jednocześnie bardzo boję się o siebie. M. i rodzice namawiają mnie na terapię.

 

Pierwsza rozmowa z psychiatrą i psychologiem

Jest psychiatra, potem psycholog i kolejny. Bez skutku. Dużo płaczę, nienawidzę siebie. Codziennie liczę żebra, dotykam wystających bioder. Marzę żeby ktoś zamknął mnie w świecie, gdzie nie ma jedzenia. Bulimia mnie niszczy, zżera od środka. Mama też płacze. Z bezradności. Tata wszystko dusi w sobie i ucieka w pracę. Z rodzicami nie rozmawiam o chorobie, choć bardzo tego potrzebuję. Czuję, że to byłby balsam dla mojej pokaleczonej duszy, że to pomogłoby mi wyzdrowieć (niestety, nigdy nie dojdzie do rozmowy na ten temat, nigdy im nie powiem, jak bardzo mnie to boli, jak ich potrzebuję, jak chciałabym, żeby mnie przytulili). Zresztą oni traktują TO  bardziej jak moje „widzi mi się” niż zaburzenie.

 

Pierwsze, wspólne mieszkanie

Po sześciu latach bycia z M. kupujemy mieszkanie i wyprowadzam się. Jeżdżę do psychoterapeutki, która pomaga mi zrozumieć sedno choroby. Waga wzrasta do 48 kg. Najpierw jestem przerażona, potem się przyzwyczajam (nie, nie akceptuję mojego nowego rozmiaru). Nadal dużo biegam, jeżdżę na rowerze, ćwiczę w domu. Po kilku latach bierzemy ślub. Niby jest lepiej, mam 50 kg. Organizm trochę wydobrzał, ale nadal mam bardzo niską odporność i problemy z hormonami. Raz na tydzień, czasem dwa, objadam się i wymiotuję. Wiem o tym tylko ja. Rodzina myśli, że zaburzenia odżywiania mam już dawno za sobą. Mąż czasem coś podejrzewa. Kilka razy przyznaję się, że sporadycznie TO robię.

 

Pierwsza, prawdziwa szansa

Dziś mam 36 lat. Waga ustabilizowana – 50 kg – tylko 3 kg mniej, niż lata temu, gdy zaczęłam się odchudzać. Na pewno nie wyglądałam źle, nie byłam gruba. Dlaczego tak bardzo się sobie wtedy nie podobałam? Mam bardzo niskie poczucie własnej wartości, ale coraz bardziej lubię siebie, choć gubi mnie porównywanie się z innymi kobietami. Wtedy pojawiają się myśli, że nie wyglądam dobrze. Nadal zdarza się objadanie i wymioty. Gdy czuję się samotna, gdy się denerwuję, męczę się z jakimiś myślami i duszę je w sobie. Niedługo zacznę psychoterapię. Tym razem z mojej inicjatywy, pierwszy raz. Czuję, że jest mi potrzebna; że pomoże mi bardziej pokochać i zaakceptować siebie; uwierzyć, że mąż kocha mnie nad życie, bo z tym od zawsze mam problem. Zupełnie jakbym była przekonana, że mnie nie można tak po prostu kochać. Mam poczucie, że zniszczyłam sobie życie. Ale z drugiej strony wierzę, że teraz przede mną już tylko to, co dobre. Chcę być dla siebie tak dobra, jak nigdy nie byłam.

 

Zuza