Rate this post

Odkąd byłam w trzeciej klasie gimnazjum uważałam, że jestem za gruba. Stanęłam na wadze i zobaczyłam 60 kg. Jeszcze wtedy żyłam nadzieją, że ona kłamie. Niestety, kolejne pomiary w różnych miejscach dawały podobny efekt, tym samym zapewniając moje coraz to większe rozczarowanie. Tamtego dnia padła ważna decyzja. Rozpoczęłam od marchewki na kolację po powrocie do domu, myśląc: „to przecież nie może być takie trudne”. Nie spodziewałam się wtedy, że ta jedna niewinna decyzja tak bardzo wpłynie na kolejne lata mojego życia.

„Idealny” proces odchudzania

Cały proces mojego odchudzania trwał ponad pięć lat. Pomyślicie pewnie, że to trochę długo. Zgadzam się. Byłam jedną z wielu osób na ciągłej diecie. Wiecznie odchudzająca się, jedząca sałatki i pijąca litry wody. Cały ten okres mógłby zapewne skrócić się do kilku miesięcy, gdybym postanowiła porozmawiać z mamą, pójść z nią do dietetyka i rozpocząć wszystko w sposób bardziej racjonalny. Niestety, w dobie internetu i wszelkich porad w nim zamieszczanych zdrowy rozsądek zaczyna schodzić na dalszy plan. Liczą się szybkie i dobre efekty. Szkoda tylko, że nigdy nikt nie napisał, do czego to wszystko może doprowadzić. Nie było szans, żeby odchudzanie na przemian z objadaniem się dało mi jakiś dobry efekt, przez co lata mijały, a moja samoocena tylko bardziej spadała. Odmawiałam sobie wszystkich ulubionych rzeczy, by po tygodniu rzucić się na nie i pochłonąć niewyobrażalne ilości kalorii. Nie omijały mnie również wyrzuty sumienia, które – patrząc z perspektywy czasu – tworzyłam sobie sama.

Kiedy obsesja goni obsesję

Podczas procesu odchudzania nie rozstawałam się z dwiema najważniejszymi rzeczami: zeszytem i wagą. Zapisywanie godzin posiłków, tego, co jadłam, razem z dokładną (warto zaznaczyć, że co do grama) wagą było moją obsesją. Przecież nie mogłam zjeść batona! Musiałabym go uwzględnić w zapiskach, a tego przecież zrobić nie mogłam. Zaburzyłoby to idealny obraz. Omlet, sałatka, 100 g gotowanego kurczaka. Tylko pod koniec tak satysfakcjonującego dnia czułam się szczęśliwa. Żadne odstępstwo – ciastko, baton czy fast food – nie było przeze mnie zapisywane. Wolałam udawać, że tego nie było. Czym to skutkowało? Myśleniem pt. „skoro już zjadłam coś, czego nie zapisałam, to mogę zjeść jeszcze, skoro i tak dzień jest stracony”. Koniec końców jadłam wszystko, co miałam pod ręką, zapiski się skończyły, a następnego dnia kupowałam nowy zeszyt i w nim rozpoczynałam swój codzienny rytuał, aby zatuszować ślady zbrodni poprzedniego dnia.

Decyzja, która zmieniła moje życie

Po pamiętnym ostatnim razie, o którym możecie przeczytać tutaj, dałam sobie jedno postanowienie. Pora przestać się odchudzać. Po przemyśleniu moich wszystkich poczynań stwierdziłam, że jestem w stanie zrobić wszystko dla doprowadzenia mojego stanu zdrowia do porządku. Byłam gotowa poświęcić swoją wagę, figurę i wygląd dla spokoju psychicznego i szczęścia, które wtedy było dla mnie najważniejsze. Odrzuciłam robienie notatek, starałam się jeść normalnie. Co znaczyło wtedy dla mnie „jeść normalnie”? Schabowy u babci, ciastko po obiedzie czy baton na uczelni w chwili głodu. Jedzenie czegoś, na co w danym momencie miałam ochotę, nawet, jeśli nie wpasowywało się w moją ideę „zdrowego odżywiania”. Czy czułam się z tym dobrze? Skłamałabym, gdybym powiedziała, że byłam szczęśliwa, jedząc to, na co mam ochotę. Nie byłam. Czułam, że tyję, moje ciało się zmienia, a ja robię coś wbrew sobie. Postanowiłam jednak przetrwać ten etap i wiecie co? Udało się! Naprawdę zaczęłam dostrzegać to, jakim szczęściem jest nieodmawianie sobie każdej przyjemności, na jaką mam ochotę. Czy przez te trzy lata do dziś zawsze było tak kolorowo? Niestety nie. Po moim postanowieniu o końcu odchudzania popełniłam ten błąd jeszcze niejednokrotnie, próbując jeszcze bardziej ulepszyć swoją figurę. W końcu zaczęłam dostrzegać, że to wszystko nie ma sensu. Ostatecznie odrzuciłam pilnowanie co do minuty pory posiłków, zapisywania ich, a także dokładnego ważenia. Jakkolwiek kontrowersyjnie to nie zabrzmi, najlepiej czuję się w takim momencie życia, w jakim jestem teraz. Nie chodzę na siłownię, ale dużo spaceruję. Jem pizzę, lody, piję piwo i czuję się świetnie, a jednocześnie dopada mnie ochota na wielką miskę sałaty i butelkę wody. Mój organizm w końcu znalazł równowagę, w której czuje się najlepiej.

Natalia