Rate this post

Jeżeli chciałabym określić pewne wydarzenia w moim życiu datami, sprawiłoby mi to dużo trudności.  Niektóre z nich – dzień ukończenia szkoły, urodziny czy ślub – łatwo jest nam umieścić na osi czasu. Niemniej jednak są też i takie, które można by uznać za pewien proces rozkładający się na dni, miesiące, a nawet lata. Dokładnie tak samo jest z zaburzeniami odżywiania. Nie podamy konkretnej daty, na którą przypada początek naszej choroby czy jej koniec.

W tym wpisie chciałabym opowiedzieć Wam o ostatnim etapie, którego początku nie jestem w stanie określić. Wiem, że to okres, który trwa tu i teraz; mam też nadzieję, że będzie trwał tak długo, jak tylko jest to możliwe. Przeczytaj, jak zmieniło się moje życie po wyjściu z zaburzeń odżywiania.

Spotkania ze znajomymi

Teraz. Wyjścia ze znajomymi stanowią bardzo ważny aspekt mojego życia. Obracam się wśród ludzi, którzy kochają jeść. Odkrywanie coraz to nowych knajp i restauracji – również tych ze zdrowym jedzeniem – jest dla nas codziennością. Chociaż, nie ukrywajmy, wyjście do popularnego Fast-fooda również nie jest czymś, czego sobie odmawiamy. Jak mogłabym funkcjonować w takim świecie, prowadząc złą relację z jedzeniem? Dawniej nie byłoby to dla mnie możliwe. Teraz cieszę się, że wspólnie możemy odwiedzać świetne miejsca czy iść na imprezę, nie myśląc o kaloriach, kryjących się w  alkoholu. Właśnie to sprawia, że jestem szczęśliwym człowiekiem – nie muszę na każdym kroku myśleć o tym, jak unikać spożywania posiłków podczas wyjść ze znajomymi.

Samoocena

Teraz. Mówiłam i pisałam już o tym wielokrotnie. Wysoka samoocena to coś, co aktualnie jest moim powodem do dumy. Nigdy nie byłabym w stanie pomyśleć, że ta słaba i zakompleksiona dziewczyna wyrośnie na tak silną i pewną siebie kobietę. Nie wstydzę się o tym mówić. Bardzo łatwo jest nowym osobom postrzegać mnie jako kogoś zadufanego w sobie. (Nie)stety przestałam już patrzeć na innych ludzi i na to, co o mnie powiedzą. Długo pracowałam nad tym, aby stać się taką, jaką jestem teraz, nie płakać na swój widok w lustrze i nie rozpamiętywać każdego dodatkowego kilograma. Jeśli mam być szczera, nie znam nawet swojej aktualnej wagi – ta wiedza nie jest mi potrzebna. Wystarcza mi to, co widzę w lustrze. Największy sukces? Wyjście z domu bez makijażu, idealnych włosów, czy super ciuchów. Teraz – w takim wydaniu – czuję się zdecydowanie lepiej niż kilka lat temu, kiedy to zawsze starałam się wyglądać perfekcyjnie.

Jedzenie

Teraz. Jestem wszystkożercą. Zero glutenu, zero nabiału, zero cukru to stwierdzenia, które zdecydowanie nie powinny kojarzyć się z moją osobą. Co ciekawe, im więcej ograniczeń na siebie narzucałam, tym gorzej czułam się w swoim ciele. Kiedy widziałam jakieś dodatkowe kilogramy, od razu padała decyzja o rozpoczęciu zdrowego trybu życia. Im dłużej trwało jedzenie posiłków co trzy godziny i odmawianie sobie wielu rzeczy, tym gorzej się czułam. Najśmieszniejsze z tego wszystkiego było to, że moje ciało również nie lubiło takiego stanu rzeczy – wyglądało coraz gorzej. Zdecydowanie najlepiej czuję się, jedząc intuicyjnie. Gdy rano po przebudzeniu nie mam ochoty na śniadanie, po prostu je omijam. Kiedy mam ochotę zjeść coś niezdrowego, to po prostu to robię – co najlepsze, czuję się z tym dobrze.

Treningi

Teraz. Mam karnet na siłownię. Nie chodzę na nią, ale karnet mam, tak na wypadek, gdyby zachciało mi się ją pewnego dnia odwiedzić. Niestety taka sytuacja nie przydarzyła mi się od blisko roku i podejrzewam, że taki stan rzeczy się już nie zmieni. Pora przestać się oszukiwać i wyrzucać pieniądze w błoto. Uwielbiam aktywność fizyczną. Kocham jeździć na rowerze, spacerować, pływać, skakać na trampolinie czy jeździć na rolkach. Jednakże siłownia, która kiedyś była całym moim życiem, nie jest już dla mnie. Nie czuję potrzeby, aby ćwiczyć codziennie i walczyć o to, kto podniesie większy ciężar. Człowiek jest stworzony do ruchu, ale niekoniecznie takiego, który nie sprawia mu przyjemności. Możemy znaleźć wiele sposobów na spalenie zbędnych kalorii i każdy na pewno znajdzie coś dla siebie. Najważniejsze jest to, aby to, co robimy, sprawiało nam frajdę, a nie powodowało w nas frustrację.

Jak obiecałam, tak zrobiłam. Pokazałam Wam, jak wywróciłam moje życie do góry nogami. Czy jestem z tego zadowolona? Oczywiście, że tak! Jestem dumna z tego, jak dużo osiągnęłam bez pomocy psychologa, lekarza, czy innych specjalistów. Z czystym sumieniem, mogę nazwać moją przemianę sukcesem życiowym, którym – mam nadzieję – będę mogła podzielić się jeszcze wielokrotnie.

Natalia Łaszkiewicz