Rate this post

Jeśli czytasz ten tekst, to znaczy, że ktoś Ci bliski cierpi na zaburzenia odżywiania. A Ty zapewne odchodzisz od zmysłów, dręczy Cię niepewność i umierasz ze strachu. Wiem jak to jest, bo przeżywałam ten koszmar przez 4 miesiące, od początku grudnia, kiedy nasza 19-letnia córka wyznała nam problem, prosząc o pomoc. Ale nie będę pisać o niej. Napiszę o sobie, o nas, może pomogę Ci jakoś uporządkować myśli i podjąć działanie.

 

historia-mamy-ani

 

44 terapeutów

Jeśli jesteś człowiekiem czynu, tak jak ja, będzie ci ciężko. W tej chorobie nic nie da się załatwić od razu. Potrzebny jest czas. Ja rzuciłam się natychmiast w Internet. Przeczytałam wszystko, co się da o anoreksji, bulimii i innych koszmarach i mało nie umarłam. Z mojego czytania wynikła jedna pozytywna sprawa: dowiedziałam się, że konieczna jest terapia. W ciągu 3 dni zgłębiłam temat. Obdzwoniłam – przysięgam – 44 terapeutów w Krakowie. Podawali mi numery kolejnych i kolejnych, aż znalazłam wreszcie panią Ewę, która miała czas. Od połowy grudnia córka co tydzień analizuje swoje problemy podczas terapii psychodynamicznej. Płacę 100 zł za sesję i Bogu dziękuję. Nie licz na ośrodki państwowe. Terminy są odległe, a ty nie masz czasu, bo z każdym miesiącem chora wchodzi głębiej w ten obłęd. Terapia nie działa od razu. 5 pierwszych spotkań, to wzajemne poznawanie się. W międzyczasie chora jest agresywna, robi sobie krzywdę, a ja nie umiem pomóc i nie wiem, co powinnam robić, a czego nie. Terapeucie nie wolno udzielać żadnych informacji o postępach choroby. Młoda chodzi, ja płacę i dalej nic nie wiem.

 

Wszystko na papierze

Jeśli jesteś matką, ojcem, znasz swoje dziecko, kieruj się intuicją. Ja, kierowana poczuciem zdrowego rozsądku, zrobiłam coś, czego terapeuci nie polecają, ale u mojej córki o dziwo zadziałało. Równocześnie z psychologiem włączyłam do akcji dietetyka. Takiego zwykłego, ze specjalną wagą, która wyliczy tłuszcz, mięśnie, minerały. Czarno na białym. Ostrzegłam gościa, jakiego rodzaju pacjent przyjdzie, a on potraktował ją śmiertelnie poważnie, naukowo, z wyliczeniami. Nasza wegetarianka dostała na papierze swoje wartości, wymogi kaloryczne, zalecenia dietetyczne. Nie stosowała się do nich, jadła za mało, ja szalałam, ale taki totalny realizm w końcu na moją córkę zaczął dobrze działać. Pozytywne efekty niestety nie przyszły jednak od razu.

 

Wykarmię moje dziecko

W międzyczasie narzuciłam sobie reżim gotowania tak, by córka jadła. Na jej życzenie. Przepisy wegetariańskie, wegańskie, zdrowa żywność. Czasochłonne jak diabli, kosztowne i wpływa na psychikę rodziny. Ale gdy mi wyznała, że nie wymiotuje tym, co ja jej podam, postanowiłam, że wykarmię to dziecko, choćbym się miała wykończyć. Soczewica, ciecierzyca, tofu, zupy jarzynowe, pasty na bazie fasoli i ciecierzyc, tony jarzyn. Córka w tygodniu jest w Krakowie, w weekendy w domu. Gdy jest w domu solidarnie jemy to, co ona. Uczciwie, bez dodawania jej produktów, których nie akceptuje. W tygodniu raz lub dwa chodziłyśmy razem na obiady. Oczywiście do barów wegetariańskich. Serce mi się krajało, jak widziałam, co bierze. Objętościowo ok, ale bez kalorii. Katowałam się, ale chodziłam z nią na te obiady, bo mnie o to prosiła. Wtedy stanęłam wobec pytań: co mogę zrobić jeszcze, co powinnam, czego nie, czego mi nie wolno? Brak odpowiedzi doprowadził mnie prawie do obłędu. A córka była w fatalnym stanie. Ja czułam się coraz gorzej. Przechodziłam od rozpaczy, po nienawiść do niej. Poczucie totalnej bezradności przeplatało się z pretensjami do losu, dlaczego mnie to spotyka. Do tego analiza: co źle zrobiłam?

 

Po pomoc dla siebie

Im więcej czytałam, tym było gorzej. Rozmowy w domu z mężem ograniczały się tylko do tego jednego tematu. Mąż jest stoikiem. Cierpliwie przeczekuje sytuacje kryzysowe, nie wykazuje żadnych aktywności, nie uzewnętrznia cierpienia. Nie analizuje po 500 razy. Zarzucał mi, że eskaluję problem, że przesadzam. Tymczasem ja potrzebowałam się wygadać, wyżalić. On tego nie rozumiał. Ze trzy razy powiedział mi, żebym z nim o tym nie rozmawiała. Że ja jestem problemem. Szalałam z niepokoju o córkę coraz bardziej. Co mi pomogło?

Po pierwsze uchwyciłam się Pana Boga. Po drugie włączyłam przyjaciółkę, która wysłuchawszy mnie kazała natychmiast udać się do psychologa. Posłuchałam jej. Dwie wizyty u bardzo nieciekawej naciągaczki z tytułem doktora psychologii przyniosły ten efekt, że otrzeźwiałam, pozbierałam się i zaczęłam znów myśleć logicznie. Może mogę pójść gdzieś, gdzie leczą takie dziewczyny i tam mi powiedzą, co robię dobrze, a co źle ? W czasie bezsennej nocy znalazłam kilka relacji wyleczonych dziewczyn. Trafiłam na bardzo pokrzepiającą historię byłej pacjentki ośrodka Tęcza w Krakowie. Zadzwoniłam, umówiłam się z absolutnie cudowną, empatyczną Panią Renatą. Przegadałyśmy przypadek mojej córki, rozwiała moje wątpliwości, zasugerowała korektę zachowania, pocieszyła. Moja córka wychodzi na prostą!

 

Żebyś wyszła z tego cało

Nie czytaj w Internecie wszystkiego. Nie czytaj o śmierci, nie oglądaj filmów fabularnych, nie czytaj relacji rodziców, którzy stracili dzieci. Anoreksja, bulimia, ortoreksja: te wszystkie paskudztwa mają różne stadia, różne oblicza. I są czubkami góry lodowej – objawami innych problemów, które terapeuta pomoże rozpracować. Przypadek Twojego dziecka nie musi być beznadziejny. Najważniejsze, żeby dziecko zaczęło chodzić na terapię, żeby widziało Twoje wsparcie i miłość. Ważne jest przy tym, żebyś TY wyszła z tego cało. Ja przypłaciłam załamaniem nerwowym. Ale od momentu wizyty u Pani Renaty już nie umieram ze strachu o życie mojego dziecka i to jest najważniejsze. Życzę Ci siły w tym boju o wszystko, wiary i niech Bóg Cie prowadzi! A twojej Bliskiej – zdrowia.

Mama Ani

 

anoreksja-historie-dziewczyn