Rate this post

Pamiętam dokładnie ten moment kiedy postanowiłam, że schudnę. Był marzec, zbliżała się wiosna, miałam wtedy czternaście lat. Po raz pierwszy uchyliłam anoreksji drzwi do swojego życia, gdy od szkolnej higienistki usłyszałam, że jestem za gruba. Złość i nienawiść do siebie, które wtedy poczułam były tak ogromne, że nie mogłam powstrzymać łez. Rozdygotana, płacząca, wróciłam tego dnia do domu i przysięgłam sobie, że tego tak nie zostawię, że schudnę. Patrząc z perspektywy prawie dziesięciu lat, które minęły od tego dnia, chciałabym teraz przytulić tę dziewczynkę, którą byłam i powiedzieć jej, że jest okej, że nie jest od nikogo gorsza. Wtedy jednak to anoreksja przejęła kontrolę nad moim życiem. Zupełnie niepostrzeżenie; dorastała ze mną, łudząc swym pseudo blaskiem.

Diagnozę anoreksja nervosa usłyszałam dziewięć miesięcy po marcowej deklaracji złożonej samej sobie. Schudłam prawie trzydzieści kilogramów, a mój puls był ledwie wyczuwalny. Jedyne wspomnienia z tego okresu to szpital, respirator, kroplówki i słowa Pani Psychiatry „Nie możemy przyjąć Cię na oddział, możesz mieć płyn w osierdziu, masz anoreksję”. To był dosłownie jakiś obłęd! Gdy powracam myślą do tamtych miesięcy, lat nie poznaję siebie… Anoreksja niczym wąż oplatała mój mózg i przez prawie dziesięć lat trzymała w swych sidłach. Potrafiłam jeść jedynie trzy rzodkiewki w ciągu dnia, głodzić się przez tydzień, ćwiczyć do granic możliwości, okłamywać rodzinę i znajomych, że jem… To był koszmar, a ja nie widziałam z niego drogi wyjścia.

Gdy po raz pierwszy trafiłam do Szpitala Psychiatrycznego, uderzył mnie widok osób cierpiących na różnego rodzaju choroby i zaburzenia psychiczne. Chciałam stamtąd uciekać, a jednocześnie nie potrafiłam znaleźć miejsca, gdzie czułabym się ze sobą bezpiecznie. Koszmar rozpoczął się na dobre, moja młodość, najpiękniejsze lata gimnazjum i liceum, to niekończące się pasmo prób i niepowodzeń, terapii, powrotów do szpitala, łez, nienawiści i złości… To lata podporządkowane anoreksji. Choć dookoła mnie było tyle osób, które chciało mnie wesprzeć, ja nie potrafiłam przyjąć pomocy. Przełom nastąpił dopiero gdy rozpoczęłam studia. Postanowiłam, że dostanę się na psychologię, że będę pomagać innym, że zwyciężę. Poczułam pragnienie zdrowia, na które sama jeszcze do końca nie potrafiłam odpowiedzieć. Zaczęłam więc toczyć walkę z wrogiem, który wygodnie rozgościł się w moim umyśle. Otrzymałam wiele wsparcia od rodziny, znalazłam cudownych specjalistów:  dietetyka, psychologa, psychodietetyka, którzy krok po kroku uczyli mnie, jak żyć od nowa. Choć bywało różnie – w czasie studiów choroba wróciła na pewien czas w najgorszej swej odsłonie – wiedziałam, że nie mogę, nie chcę się poddać. Każdy dzień jest  mała walką, która prowadzi  mnie do jasno określonego celu, a ten jest już bardzo, bardzo blisko. Życie bez destrukcyjnych myśli, pełne wolności, radości i satysfakcji z każdej najdrobniejszej chwili jest możliwe. I Ty możesz stać się swoim przyjacielem. Mnie się udało, zaprzyjaźniłam się ze sobą i czuję się z tym wspaniale! Tobie też się uda.

Ola