5 (100%) 1 vote

W minionym tygodniu wyszłam pobiegać. Po raz pierwszy od dzieciństwa nie zabrałam ze sobą nienawiści do siebie. Nie sądziłam, że to jeszcze kiedykolwiek będzie możliwe.

„Wyglądasz jak deska”

Zaczęło się pod koniec podstawówki. Coś było ze mną nie tak, nie mogłam do końca się wpasować. Nie czułam się ze sobą dobrze. W gimnazjum tylko się to nasiliło. Z czasem dość naturalnie przyszło mi sprowadzenie tego do poziomu ciała. Rówieśnicy byli więcej niż pomocni. “No sorry, nie chcę być niemiły, ale wyglądasz jak deska” od znajomego z klasy i “jak to nie goliłaś jeszcze nóg?” od koleżanek.

Później rozwaliłam sobie nogę; spędziłam wiele miesięcy praktycznie nie chodząc. Naturalnie – przytyłam. Czułam się jeszcze gorzej. Jakiś czas później obczytałam się więc w artykułach różnych fitnessowych guru, ograniczyłam nieco jedzenie, zaczęłam ćwiczyć z treningami HIIT. Popychały mnie do tego tylko i wyłącznie negatywne myśli: “jak ja wyglądam, jestem obrzydliwa.”

 

„W ogóle nie ma talii”

Schudłam. Całkiem zadowolona z siebie wróciłam do szkoły w nieco bardziej przylegającej koszulce (czytaj: nie w workowatych rzeczach). Czułam się ze sobą w miarę dobrze. Później tego samego dnia pomocna przyjaciółka zabrała mnie na stronę i streściła komentarze, jakimi wymieniali się znajomi z naszej klasy podczas przerwy: “wygląda jak dziecko”, “w ogóle nie ma talii”, “po co się tak ubrała”.

Okazało się, że nadal ​nie jestem wystarczająco dobra.​ Zapamiętałam to na długo.

Kilka miesięcy później ze względów zdrowotnych przepisano mi tabletki antykoncepcyjne. Przytyłam, dużo. Moje ciało bardzo się zmieniło. Nie mogłam na nie patrzeć. Dużo płakałam. Wróciłam do treningów, biegania. Nie dawało to efektów takich, na jakie liczyłam. Z niewinnych ćwiczeń i drobnych dietetycznych zmian zrobiło się coś więcej. Nie zauważyłam tego.

 

„Zdrowa dieta”

Poszłam do dietetyczki. Racjonalne, prawda? Dostałam “zdrową dietę”. Nie była głodowa, nie powodowała niedoboru kalorycznego. Ale wyznaczała, ile łyżek płatków owsianych powinno znaleźć się w mojej porannej owsiance.

Zaczęłam chudnąć. Zaczęłam też mieć obsesję na punkcie liczb. Wszystko ważyłam. Niby nie jadłam za mało, nie głodziłam się. Spożywałam liczbę kalorii zaleconą mi przez dietetyczkę. A jednak coś było nie tak.

Obsesyjnie pilnowałam godzin posiłków. Spóźnienie się o 15 minut z drugim śniadaniem (bo miałam jeść co 3h!) wprawiało mnie w duży dyskomfort.

Raz na jakiś czas organizm zmuszał mnie do pochłaniania horrendalnych ilości jedzenia, którego na co dzień sobie odmawiałam. Czekolady, ciasta, lody. Jadłam wtedy tak dużo, że nie mogłam się ruszać. Nieudolnie próbowałam odwracać efekty tych napadów. Zaczął się kolejny etap moich zaburzeń odżywiania – tym razem już o podłożu bulimicznym.

Leczyłam się z tego latami.

 

Zdrowe wnętrze

Pomogła zmiana otoczenia, zaangażowanie się w działalność społeczną, poznanie wspierających, a nie niszczących ludzi. Pomogła terapia (lata terapii) i leki. Pomogło uświadomienie sobie, że często kwestie jedzeniowe pomagały mi przykryć inne problemy – łatwiej było być wściekłą na siebie z powodu tego, ile zjadłam, niż zajrzeć w podłoże moich emocji. Pomogło odobserwowanie wszelkich profili instagramerek – pięknych-chudych-joginek. Pomogło poznanie nurtu ciałopozytywności. Pomogło poznanie dziewczyn z podobnymi doświadczeniami.

Dziś… Cóż, czasami łapię się na kontrolowaniu tego, ile łyżek płatków owsianych wrzucam do miski. Łapię się na sporadycznych negatywnych myślach, zwłaszcza, gdy muszę kupić nowe spodnie. Ale teraz dostrzegam te schematy i świadomie zastępuję je innymi zachowaniami.

Dziś jest mi ze sobą całkiem dobrze. Kilka lat temu nie wierzyłam, że może tak być. A jednak.

 

Weronika Zimna – od kilku lat pracowicie rozprawia się ze swoją depresją i zaburzeniami odżywiania. Hakuje rzeczywistość i uparcie żyje po swojemu. Opowiada o tym w internecie jako Zimnotutaj. Współtworzy Fundację MamyGłos. Czyta za dużo książek oraz ogląda zdecydowanie za dużo seriali.